Szkoła Podstawowa nr 4

im. Mikołaja Kopernika w Bytomiu

W piątek o godzinie 9:30 wyruszyliśmy na wycieczkę do położonego nieopodal nas Władysławowa. Pierwszym naszym przystankiem była pracownia Bursztyniarza, gdzie niezwykle zabawny Pan opowiedział nam kilka ciekawych historii, a także pokazał jak odróżnić bursztyn od zwykłego plastiku. Po tej krótkiej wizycie, pojechaliśmy już do głównego punktu naszej wycieczki, a więc do cieszącego się w okolicy sporą popularnością Ocean Parku. Tam wraz z przewodnikiem zobaczyliśmy i poznaliśmy przeróżne stworzenia morskie (od przyjaznych uszatek, po niebezpieczne rekiny). Mieliśmy także możliwość porozmawiania z pewnym młodym płetwalem błękitnym, choć trudno to racjonalnie wytłumaczyć.

Około godziny 15:30 (już po powrocie do ośrodka i zjedzeniu obiadku) wybraliśmy się wszyscy na plażę, gdzie prócz tradycyjnego już grania w piłę i budowania zamków w piasku, odbył się też siedmiokilometrowy bieg z panem Leszkiem. My z Matyldą byłyśmy wśród ósemki dziewcząt, którym udało się ukończyć tan słoneczny maraton. Łagodne fale chłodzące nasze rozgrzane stopy podczas biegu, z pewnością mocno wszystkim pomagały. Zmęczenie było oczywiście ogromne, toteż dość szybko położyliśmy się spać!

Korespondentki Marysia i Matylda! 

Więcej zdjęć - kliknij poniżej

zielonaszkola7

Dziś musieliśmy wstać nieco wcześniej niż zwykle, z czego wszyscy byli zadowoleni raczej średnio. Miało to jednak związek z czekającą nas, dość daleką wycieczką do Malborka. Podróż trwała nieco ponad dwie godziny. Trochę żałowaliśmy, że tak cudowną pogodę tracimy w autobusie, ale wszelkie niezadowolenie momentalnie minęło, gdy tylko ujrzeliśmy piękny i ogromny zamek w Malborku. Naszym przewodnikiem okazał się być przesympatyczny pan w stroju krzyżackim, dla którego historia zamku była najważniejszą życiową pasją. Dało się to zresztą wyczuć w sposobie jaki opowiadał o kolejnych budowlach, komnatach, zmarłych mistrzach, przeróżnych broniach i tradycjach związanych z zakonem. Już na wstępie dowiedzieliśmy się, że zamku nigdy nie zdobyto siłą (nawet podczas II wojny światowej, został wcześniej porzucony), co sprawiło oczywiście, że kolos budził jeszcze większe emocje. W trakcie dwugodzinnego zwiedzania poznaliśmy zresztą o wiele więcej ciekawostek, którymi chętnie podzielimy się po powrocie do Bytomia. W przerwach chłopcy, jak to chłopcy, kupowali łuki i zabawkowe kusze, z kolei dziewczynki skupiły się na bardziej „delikatnych” pamiątkach.

Do ośrodka wróciliśmy dopiero na kolację, po której mieliśmy jeszcze chwilę, by pobiegać po boisku. Około godziny 20:15 wszyscy byli już jednak w pokojach, wyczekując na nocny koncert w wykonaniu graczy Barcelony i Juventusu w finale Ligi Mistrzów. Spotkanie oglądaliśmy w specjalnie przygotowanej sali na dużym telewizorze. Przez chwilę – akurat, gdy z pomieszczenia wyszła pani Iwonka – było dość nerwowo, jednak, gdy tylko wróciła na swoje miejsce, Suarez zdobył gola na 2:1, a resztę wszyscy z pewnością dobrze znają…

Korespondentki z pokoju 105,Wiktoria Iga i Marlena

Więcej zdjęć - kliknij poniżej
dzienosmyzielonaszkoal2015

Dzisiejszy dzień upłynął nam pod znakiem wycieczki na Fermę Strusi znajdującej się w Kniewie. Dla większości z nas było to pierwsze zetknięcie z tak ogromnymi ptakami. Nasi pierzaści przyjaciele okazali się być przede wszystkim niezwykłymi łakomczuchami. Oprowadzająca nas pani przewodnik powiedziała nawet, że strusie potrafią zjeść absolutnie wszystko. Oczywiście wszystko co przejdzie przez ich niezwykle cieniutkie (ale i zabójczo giętkie) szyje. Niektórzy z nas zastanawiali się nawet, czy jakimś nieporadnym małym strusiątkom zdarza się zawiązać przypadkowo supeł własnej szyi – na szczęście pani przewodnik uspokoiła nas, stwierdzając, iż nigdy podobnego zjawiska nie widziała. Kompletną bzdurą okazała się także legenda o rzekomym chowaniu przez strusie głowy w piasek w obliczu zagrożenia. Podobno prędzej takich praktyk chwytają się ludzie. Prawdą jest jednak, iż samice emu składają jaja w kolorze zielonym, tak by w trawie były one trudniejsze do wychwycenia. Prócz emu poznaliśmy jeszcze strusie afrykańskie, a także inne zwierzątka, takie jak: kozioł Dżej-Dżej, kogut Portas, parę lam (na szczęście żadna nas nie opluła), osła, kaczki, króliki i jedną czarną owcę, która zaplątała się między nami. Na koniec każdy z nas mógł spróbować jajecznicy ze strusiego jaja, która bardzo nam posmakowała. Wycieczka była naprawdę super!

Korespondentki z klasy 3a,Madzia i Martyna

Więcej zdjęć - kliknij poniżej

zieljnaszkola221020145r

W czwartek większość dnia spędziliśmy w różnych miejscach poza naszym ośrodkiem. Tuż po śniadaniu ruszyliśmy do kościoła w związku z przypadającym tego dnia świętem. Po mszy część z nas miała okazję poćwiczyć na znajdującej się niedaleko parafii rekreacyjnej siłowni, postawionej na świeżym powietrzu. Pozostali ruszyli w tym czasie na zakupy – jak zwykle pieniążki wydawaliśmy na pamiątki, gofry i włoskie lody . Oczywiście pamiętaliśmy o tym, by zostawić nieco miejsca na obiad, który kolejny raz pozytywnie nas zaskoczył. Około 15:00 ruszyliśmy na plażę, gdzie panie zorganizowały nam konkurs na najładniejszą budowlę, figurę lub rzeźbę z piasku. Projekty były przeróżne: żółwie, promy, zamki z fosą, wsie, miasteczka, a nawet dom Hobbita. Na koniec prace zostały ocenione przez specjalne jury. Wieczorem, prócz tradycyjnej kolacji, czekało nas jeszcze ognisko ze śpiewami, tańcami, kiełbaskami i pieczonym chlebkiem. Gdy w końcu dotarliśmy do pokoi wszyscy zasnęli błyskawicznie.

P.S. Dla wszystkich zainteresowanych tym jakie pyszności serwuje nam tutaj kuchnia, wrzucamy specjalne zdjęcia ze śniadania, obiadu i kolacji.

Korespondentki Gosia i Asia!

Więcej zdjęć - kliknij poniżej
zielonaszkol20156as

Dzisiejszego dnia odbyła się nasza ostatnia wycieczka. Tym razem za cel naszej podróży obraliśmy Hel! Nie wiem czy wiecie, ale Półwysep Helski to najbardziej na północ wysunięta część naszego kraju! Wycieczka rozpoczęła się od godzinnego rejsu statkiem w morze. Łajbą trochę bujało ale na szczęście przekonaliśmy się, że wszyscy jesteśmy prawdziwymi morskimi wilkami i nikt nie miał problemów żołądkowych. Po morskiej przygodzie wyruszyliśmy prędko do „Fokarium”, by zdążyć na pokaz tresury i karmienia fok. Na pobliskim deptaku znalazło się też trochę czasu na zakup pamiątek, lodów i gofrów. Pełni niesamowitych wrażeń wracaliśmy autokarem na obiad.

Po południu z kolei najpierw przez ponad godzinę kolejny raz bawiliśmy się w piratów ze specjalnie zaproszonymi dla nas paniami, a później rozegraliśmy pożegnalny turniej na boisku szkolnym oraz rozpaliliśmy ostatnie na naszym wyjeździe ognisko. Dzień kończyliśmy iskierką, która zrodziła się w dłoni pani Dyrektor, a następnie przeszła przez ciała nas wszystkich!

Korespondentka Karina

Więcej zdjęć - kliknij poniżej
fokarium2015edrtb

Niedzielę tradycyjnie rozpoczęliśmy od wizyty w kościele i godzinnym spacerowaniu po mieście. Na promenadzie dzieci uzupełnili swoje kolekcje postaci z Minecrafta, piłkarskich kart, pocztówek i bransoletek. Każdy mógł też kupić po jednym małym lodzie, nie więcej, bo przecież czekał nas niedługo obfity obiad. Po posiłku i obowiązkowej ciszy wszystkie grupy miały jeszcze jedną możliwość skorzystania z wodnej części ośrodka – świetnie bawiliśmy się basenie pełnym „makaronów” i piłek. Kto jednak zmęczył się w wodzie zbyt mocno, ten miał sporego pecha, po już o 16:00 czekała nas Olimpiada zorganizowana na naszym boisku i placu zabaw. Dostepne były trzy kategorie: bieg na czas, rzuty do kosza i skoki na skakance. Każdy mógł wziąć udział w czym tylko chciał (nawet we wszystkich trzech konkursach). Po zakończeniu otrzymaliśmy pamiątkowe medale i upominki. To była wspaniała Olimpiada!

Korespondent Bartek!

Więcej zdjęć - kliknij poniżej

zielonaszkola92015tg

  Wtorek był naszym ostatnim basenowym dniem (z tej okazji dołączamy specjalną wodną sesję zdjęciową w wykonaniu Maksa). Ciężko było nam rozstać się z gorącymi bąbelkami jacuzzi i masującymi nasze ciała prądami w basenie głównym, ale nic nie dało się zrobić. Pozostało tylko wziąć ostatni prysznic w kabinach znajdujących się przy szatniach, obwiązać ciała ręcznikami i pokornie wrócić do pokoi. Po południu jednak czekała na nas nie lada niespodzianka. O godzinie 16:30 w sali bankietowej odbyło się bowiem spotkanie z Kaszubami! Panowie byli ubrani w regionalne stroje i zabawnie się do nas zwracali. Starszy z nich pięknie opowiedział nam o ziemi kaszubskiej, dzięki czemu poznaliśmy legendę związaną z powstaniem tej części kraju. Sporo śpiewaliśmy po kaszubsku, a także nauczyliśmy się niektórych trudnych słówek. Na koniec spotkania przyszło nam jeszcze wyśpiewywać całe kaszubskie abecadło, co było zadaniem tyleż przyjemnym co wcale niełatwym.

Korespondentka Natalia

Więcej zdjęć - kliknij poniżej

 zielonaszkola122015

Czwartek to nasz ostatni dzień pobytu w Jastrzębiej Górze (nie licząc oczywiście jutrzejszego poranka, śniadania zjadanego z żalem i poszukiwania kluczy do pokoi, które jak co roku odnajdą się pewnie – daje głowę – dopiero w Bytomiu, podczas rozpakowywania bagażów). Atmosferę pożegnania mocno czuje się powietrzu. To właśnie dziś rano, Dawid nalewając herbatę, zaczął nagle nucić cichutko pod nosem: „Nic nie może przecież wiecznie trwać…” (swoją drogą, czyż to nie krzepiące, że młode pokolenia wciąż sięgają po panią Jantar!?).

Śniadanie zjedliśmy jak zwykle, bez większych wpadek i historii. Z pewnością bardziej sentymentalne było zejście na obiad i kolację – ostatni obiad i ostatnią kolację. Co poniektórzy myśleli nawet o spakowaniu części pyszności do toreb i kieszeni, czyniąc w ten sposób zapasy na przyszły tydzień. Na szczęście zgodziliśmy się, iż muszelki i koraliki kupione na deptaku będą lepszym sposobem na zachowanie wspomnień niż śledź w śmietanie wciśnięty między majtki a skarpetki.

Przed obiadem żegnaliśmy się też z plażą i morzem. To na ten wyjątkowy dzień zaplanowaliśmy przeprowadzenie tradycyjnego chrztu morskiego. Od razu powiem, że nie było łatwo – każdy, kto chciał dostąpić zaszczytu otrzymania od Neptuna nowego imienia, musiał pokonać zabójczy tor przeszkód (ze skokami, czołganiem się, lądowaniem w dziurze pełnej kamieni, spacerem po szyszkach i jedzeniem cytryn włącznie), a także odpowiednio zaprezentować się przed władcą wód i jego małżonką. Pomimo kilku potknięć, włosów z piasku i buzi niemiłosiernie powykrzywianych cytrynowym kwaskiem, „zdali” wszyscy.

Po powrocie do ośrodka nadszedł czas nieuniknionego pakowania, które w powrotną stronę jest zawsze o tyle łatwiejsze, iż nie wszystko musi być poukładane w idealną kosteczkę (dzieci, co naturalne, skrzętnie z tej zasady korzystały). Wieczorem, gdy torby spokojnie leżały już w pokojach, domknięte niemal na ostatni guzik, nastąpiło podsumowanie całego naszego pobytu. Wszyscy otrzymali pamiątkowe podarunki, rozdano dyplomy i nagrody. Było trochę śpiewów, sporo śmiechu i nie mniej zaszklonych oczu.

Trudno powiedzieć za czym najbardziej będziemy tęsknić i co najmocniej zapadło nam w pamięć. Dla jednego będą to pewnie wycieczki edukacyjne, zwiedzanie miast i zobaczenie na własne oczy pięknych, zabytkowych budowli. Kto inny najcieplej wspomni rejs statkiem, szum fal i wiatr plączący nasze włosy. Z pewnością znajdą się i tacy, którzy najbardziej tęsknić będą za goframi, lodami, kolacjami, dyskotekami, plażą i meczami rozgrywanymi na naszym niewielkim boisku. Nie mam tez jednak wątpliwości, że nikt nie zapomni, tych krótkich momentów między gaszeniem światła a zaśnięciem kolegów – tych parominutowych rozmów z kumplami i koleżankami – o mijającym dniu, o szkole, o ulubionej grze, czy w końcu o nas – o naszym wspólnym (w ostatnich dwóch tygodniach tak wspólnym jak nigdy wcześniej) życiu.

Korespondent Leszek! 

Więcej zdjęć - kliknij poniżej

zielonaszkoaostatni2015sd

Dzisiejszy dzień upłynął wszystkim pod znakiem podchodów – nerwową atmosferę z tego powodu dało się odczuć właściwie od samego rana. Nim jednak rozpoczęliśmy z chłopcami wielką ucieczkę przed dziewczynami, wszyscy razem wybraliśmy się na plażę. Tam część osób grała w siatkówkę, niektórzy wybrali zbijaka, a jeszcze inni strzelali z łuków albo budowali coś w piasku. Po powrocie do ośrodka czekała na nas niespodzianka w postaci zabawy w „Piratów” na boisku szkolnym. Prowadzące panie miały szałowe ubrania i głowy pełne fantastycznych pomysłów. Nie da się też nie wspomnieć o przepysznym obiedzie, który zaserwowały nam tego dnia panie z kuchni. Najedzeni, zrelaksowani i gotowi do boju, rozpoczęliśmy podchody o godzinie 14:30. Uciekaliśmy dziewczynom aż przez sześć kilometrów, kilkakrotnie gubiąc je w lesie i na plaży. Trzeba przyznać, że mocno spowolniły je również zadania, jakie im zostawialiśmy, jak np. znalezienie na promenadzie pani o imieniu Basia, zaśpiewanie całego hymnu FC Barcelony, zjedzenie gofra z kawałkami cytryny, czy uzbieranie dwóch reklamówek szyszek. W końcu spotkaliśmy się wszyscy przy Latarni Rozewie, gdzie było sporo śmiechu i wzajemnych opowieści. Wieczorem czekała na nas kolejna dyskoteka – tym razem jednak, bawiliśmy się w cudownej sali ze ścianami ze szkła!

Korespondent Wojtek!

Więcej zdjęć - kliknij poniżej
zielonaszkola20155

Niemal cały wtorek spędziliśmy na wycieczce do Trójmiasta. W Gdańsku pani przewodnik opowiadała nam o ciekawej historii miasta i najważniejszych osobach z tego regionu. Zobaczyliśmy Dwór Artura, Zieloną Bramę, Diabelski Młyn, Katownię, Drzewko Tysiąclecia, ogromny stary Kościoły i mnóstwo pięknie ozdobionych kamienic. W samym centrum dostaliśmy też chwilę dla siebie, by kupić cenne pamiątki albo spróbować miejscowych przysmaków. Około 14:00 wyjechaliśmy do Gdyni, gdzie czekały na nas niemal dwie godziny zabawy w centrum nauki Experyment. Wieczorem część z nas wybrała się na plażę śpiewając przy tym wesoły piosenki, a pozostali wariowali na placu zabaw i pobliskim boisku.

Korespondent Tymek!

Więcej zdjęć - kliknij poniżej

zielnaszkola2015rft6

Dzień Dziecka minął rewelacyjnie i nie mogła nam w tym przeszkodzić nawet humorzasta pogoda! Co prawda po obfitym śniadaniu poświeciliśmy trochę czasu na naukę, ale już resztę dnia spędziliśmy na ciągłej zabawie. Najpierw, około 11:00, wyczynialiśmy cuda na basenie, a kto chciał mógł także zrelaksować się w basenie. Po obiedzie i chwili poświęconej na ciszę po posiłku, wylądowaliśmy w wesołym miasteczku, gdzie każdy mógł skorzystać z czego tylko chciał. Furorę robiły pontony wodne i skoki na trampolinie. Pani sprawiły nam również wielką niespodziankę i z okazji naszego święta zafundowały każdemu gofra (do wyboru, do koloru – w ruch poszła Nutella, truskawki, frużelina, polewa, posypka i bita śmietana). Na koniec czekała na nas jeszcze dyskoteka! Prawdziwy zawrót głowy – szkoda, że Dzień Dziecka nie trwa cały rok!

Korespondentka Gloria

Więcej zdjęć - kliknij poniżej

zielonaszkoal2015edr5

W niedzielę Pani budziła nas pół godziny przed śniadaniem, a więc dokładnie o 7:30 (choć tak naprawdę nikt z nas już wtedy nie spał i wątpimy, by Pani udało się tak naprawdę komukolwiek przerwać drzemkę). Po pierwszym, najważniejszym posiłku, udaliśmy się wszyscy do kościoła. Msza trwała godzinkę, może nieco krócej. Około 10:15 dotarliśmy do słynnej w całym mieście kawiarenki, gdzie zjedliśmy wyborne ciasteczka. Odwiedziliśmy też miejscową szkołę, w której odbywał się festyn, podobny do tego, jaki ostatnio organizowaliśmy u siebie w mieście. Wesołe panie, na specjalnie przygotowanych stanowiskach pomalowały twarze wielu z nas. Większość chłopców grało w tym czasie w piłkę zaprzyjaźniając się z mieszkańcami, a wieczorem zmierzyliśmy swoje siły z Zieloną Szkołą z Sosnowca, z którą dzielimy nasz Dom Wczasowy. W półgodzinnej piłkarskiej potyczce padł remis, z czego nikt nie był do końca zadowolony, ale nikt także nie miał popsutej końcówki dnia. W między czasie zdążyliśmy jeszcze odwiedzić plażę – pogoda była słoneczna, ale dosyć wietrzna. Naszym zdaniem dzień był niezwykle udany!

Korespondentki z pokoju 207,
Zosia, Maja, Nina, Malina i Dorota!

Więcej zdjęć - kliknij poniżej
zielonaszkola201523a

Budzik zadzwonił o 6:00, czyli o jakieś 3 godziny za wcześnie (jak na standardy soboty naturalnie). Mimo to wstałem całkiem sprawnie, bez bólu głowy, zmęczenia, czy przygnębienia spowodowanego tłoczącymi od paru dni chmurami za oknem. Jeszcze nim otwarłem oczy, miałem świadomość, że już jutro zamiast budzika i widoku szarych bloków, obudzi mnie grupka dzieciaków cierpiących na ten znany nam wszystkim rodzaj bezsenności, który dopada nas wówczas, gdy czekać musimy na coś, na co po prostu czekać się nie da. Mowa tu o tych nocach przepełnionych gorączkowym wyczekiwaniem i myślami przeszywającymi głowę niczym samochody i motocykle startujące ze skrzyżowania w Kairze. Już teraz wiem, że szybko polubię te pobudki – te poranki po brzegi wypełnione entuzjazmem (nawet jeśli będą „wybijać” jeszcze przed 6:00).

Nim jednak dotrzemy na miejsce, nim przeżyjemy pierwszą noc, przebrnąć musimy przez czas pożegnań – u siebie w mieście, w Bytomiu. Moment to trudniejszy chyba dla rodziców niż samych dzieci. Ojcowie stoją dzielnie, lekko się uśmiechając – trzymają fason skrojony na miarę. Matki… matki płaczą, ale – jak śpiewał Jacek Kaczmarski – „matki zawsze płaczą”. Kierowca wrzuca „jedynkę”, autokar rusza z wolna (prawie jak „Lokomotywa” z wiersza Tuwima), wszyscy machają, tak z jednej, jak drugiej strony szyby. Koła zaczynają przyśpieszać. Zerkam na Jamala (czyli na Bartka Jamę, ma się rozumieć), w ostatnim momencie łapie się wzrokiem z ojcem i wykonuje gest z zaciśniętą pięścią (coś na znak: „Udało się! Już nikt mnie nie zatrzyma!”), tata łapie się za głowę i wybucha śmiechem. Odjeżdżamy. Przez dwa tygodnie będziemy hałasować gdzie indziej.

Podróż mija niezwykle gładko. Kilka przystanków, kilka butelek z wodą, kilka jajecznic i kilka kromek. W autokarze sporo rozmów, stosunkowo niewiele tabletów i komórek. Konsekwentne rozbijanie kilometrów. Za mną dwójka chłopców gra w karty: - Masz damę serce? – pyta pierwszy. - Damy nie mają serca! – odpowiada partner, po czym oboje zaczynają chichotać.

Mija ósma, później dziewiąta godzina drogi. Zbliżamy się – to daje się wyczuć w nerwowym obracaniu głowy przez dzieci jak i dorosłych. Pierwsze zobaczenie morza po dłuższej z nim rozłące jest nieprawdopodobne. Jeśli istnieje przeżycie mistyczne to chyba ujawnia się właśnie w czymś takim. Dla kogoś kto na pomorzu bywa, będzie to jak spotkanie z dalekim krewnym; dla tych, którzy debiutują, będzie to coś w klimacie miłości od pierwszego wejrzenia. Tak pierwszych jak i drugich łączy chęć wyskoczenia z siedzeń, gonitwy na plażę i przytulenia rodzącej się właśnie fali. Zerkam na Dawko (czyli Dawida Froncka) – jest jak szczeniak, który ujrzał ukochaną zabawkę i nie potrafi oderwać od niej wzroku. Ogłupiały kręci się wokół własnej osi.

Przyjeżdżamy właściwie na kolację – wita nas ogromny szwedzki stół i piękna sala. To nasz pierwszy posiłek – wiedzieliśmy, że trudno będzie opanować emocje. Wśród talerzy i sztućców, powietrze bez przerwy przecinają okrzyki pokroju: „Łoooo, parówki, ile parówek!”, „Czy to krab!? Ten krab ma oczy!”,  „To papryczki chili, nie dotykacie ich, bo wam wypali palce!”

Po posiłku przebieramy się i ruszamy na plażę – na pierwsze bezpośrednie spotkanie. Część z nas gra w piłkę, część buduje zamki. Dziewczynki zbierają niecodzienne kamienie i poszukują muszelek. Słońce zachodzi z wolna. Na horyzoncie płynie ogromny, biały statek, siedząca obok mnie Marlena snuje opowieści o tym co dzieje się na pokładzie.

Wieczorem zwiedzamy jeszcze plac zabaw i boisko znajdujące się przy ośrodku. Później kąpiel, wieczorne rozmowy i zasłużony odpoczynek. Ja kończę swój dzień w sali konferencyjnej – w finale pucharu króla gra Barcelona z Bilbao. Katalończycy są nie do zatrzymania. Messi strzela bramkę, która już jutro będzie pokazywana we wszystkich wiadomościach świata.
W drugiej połowie na sali pojawia się na chwilkę pani Iwonka (jeden z najwierniejszych Barcelońskich kibiców w tym kraju) – pyta jak wygląda spotkanie. Odpowiadam zgodnie z prawdą, że druga połowa spokojniejsza, raczej bez sytuacji. Pani Iwonka stwierdza: „To jeszcze jedna dla mnie i mogą odpocząć”. Gdy to mówię rozpoczyna się właśnie 70 minuta gry. Kilka chwil później Alves podaje do Messiego, mały Argentyńczyk wyprzedza wszystkich obrońców i strzela na 3:0. „Dziękuję, dobranoc”, słyszę z zza pleców i widzę tylko oddalające się plecy koleżanki… Dobranoc.

 Korespondent Leszek

Więcej zdjęć - kliknij poniżej
zielonaszkola2015a

Copyright © 2017 SP nr 4 Bytom. Wszelkie prawa zastrzeżone.
Joomla! jest wolnym oprogramowaniem wydanym na warunkach GNU Powszechnej Licencji Publicznej.